|
"Powstaną bowiem
fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i czynić będą znaki i cuda, aby o ile
można, zwieść wybranych" (Mat 24: 24)
Na początku był Pearl Harbour....
Moją przygodę z Orientem rozpocząłem
dwadzieścia jeden lat temu od przygotowania referatu o wojnie
japońsko-amerykańskiej na lekcję historii. Od tego momentu chłonąłem wszystko,
co dotyczyło Japonii (a parę lat później także: Chin, Indii i Tybetu).
Ćwiczenia karate przygotowały grunt na spotkanie z buddyzmem zen, a joga
(jeszcze w liceum) przybliżyła okultyzm, reinkarnację, prawo karmy, itp. Po
zdaniu matury, rozpocząłem studia na wydziale chemii Uniwersytetu
Jagiellońskiego.
Oczywiście na początku chodziłem do
kościoła, jeździłem na pielgrzymki i wycieczki z duszpasterstwa akademickiego.
Na tychże wycieczkach prowadziło się długie, nocne Polaków rozmowy o wolności,
zniewoleniu i śpiewało pieśni legionowe. Nie przypominam sobie by ktokolwiek
posługiwał się Pismem Świętym. Jednocześnie dzięki bogatym bibliotekom Krakowa,
mogłem kontynuować swoje poza chemiczne zainteresowania. Kontakt z klubem
radiestetów jeszcze te zainteresowania pogłębił. Otworzyła się dla mnie bogata
rzeczywistość New Age. Czego tam nie było? Makrobiotyka, zielarstwo, wahadełka
i różdżki, magia Kahunów, wychodzenie z ciała (po tym eksperymencie trzy dni
wracałem do równowagi), bioenergoterapia, wróżenie w różnorakich formach,
astrologia, pozytywne myślenie, doskonalenie umysłu, afirmacje, spirytyzm,
Różokrzyżowcy i parę innych problemów. Regularnie ćwiczyłem karate a potem kung-fu.
Tutaj poznałem bogaty świat kultury Chin w formie ezoterycznej tj. energie in i
jang, chi, taoizm, akupunktura. Oczywiście były też zagadnienia, z którymi
tylko po pobieżnym kontakcie od razu się rozstawałem gdyż były one dla mnie
zupełnie nie do przyjęcia. Albo całkowite idiotyzmy, albo potrzebna była bardzo
duża ilość dobrej woli by to zaakceptować. Do tego zaliczam całą
"denikenologię" z jej kosmitami, piramidy, teozofię. Również
niebezpieczne zabawy jak rebirthing czy halucynogeny zostawiłem dla psychicznych
kamikadze. Chociaż co do środków psychotropowych, to muszę się przyznać do
jednej próby, po której zostały raczej bardzo niemiłe wrażenia. Krótka rada dla
poszukiwaczy prawdy: trzymać się od tego z daleka!!! Nad tym nie można panować
wbrew zapewnieniom niektórych pseudo-psychologów Nowej Ery. Oświecenia przez to
się nie osiągnie.
Po spotkaniu z mnichem zen (tzw.
warsztat) zacząłem regularną praktykę medytacyjną. Kontakt z kościołem zupełnie
się rozluźnił (zacząłem się modlić w pozycji lotosu) i w końcu został
całkowicie zerwany od momentu, gdy przed obliczem rosiego zen przyjąłem
"schronienie" w Buddzie, Dharmie i Sandze. Po jakimś czasie siedzenia
w zazen przed ścianą (od trzydziestu minut do trzech dni, z przerwą na sen
oczywiście) nie stwierdziłem zbyt wielkich postępów, prócz wzrostu
koncentracji. Co dalej? Długo nie czekałem. Do Krakowa przyjeżdżali nauczyciele
z Europy i z Azji reprezentujący buddyzm tybetański. W porównaniu z zen,
wadżrajana dawała obietnicę bardzo szybkiego rozwoju duchowego (tak
przynajmniej mi się wtedy wydawało).
Pracowałem intensywnie ciałem, mową i
umysłem, wykonując pokłony, recytując mantry, oraz wizualizując różne formy
medytacyjne. Wszystko to miało na celu oczyszczenie umysłu z zaciemnień, oraz
nagromadzenie zasługi umożliwiającej szybszy postęp na ścieżce do stanu Buddy.
Być może niezbyt intensywnie praktykowałem lub - co wydaje mi się bardziej
prawdopodobne, że Bóg, którego gdzieś tam zostawiłem, nie zostawił mnie i
cierpliwie tolerował to, co robiłem.
Medytując, pracuje się z różnorodnymi
stanami psychicznymi i podobnie jak w przypadku choroby, zażycie niewłaściwego
lekarstwa może spowodować skutek odwrotny do zamierzonego, tak i tutaj
niewłaściwe podejście do medytacji może zakończyć się psychozą, nerwicą, a niekiedy
nawet samobójstwem. Dotyczy to zwłaszcza technik buddyzmu tybetańskiego, który
jest konglomeratem różnorodnych praktyk. Podejście części adeptów jest doprawdy
godne podziwu (ale poniekąd jest to wina niektórych nauczycieli) Przypomina to
przekazanie steru myśliwca w rączki chłopczyka, który dopiero nauczył się robić
papierowe samolociki, a chciałby zostać pilotem. Na szczęście moja sfera
psychiczna przez ten okres nie ucierpiała.
Skończyłem studia i rozpocząłem pracę
na uczelni. Oczywiście dalej praktykowałem. Kiedyś przypadkowo, moja koleżanka
zauważyła, że mam różaniec medytacyjny i chyba się domyśliła, że nie jest to
ozdoba. Od czasu do czasu rozmawialiśmy sobie, aż powiedziałem jej, że jestem
buddystą. Próbowała mi przekazać co nieco o Bogu, ale ja miałem Buddę,
bodhisattwów, medytację i to mi wystarczało. Trwało to w sumie parę lat. Co
prawda, kiedyś poprosiłem Bożenę wiedząc, że należy do Kościoła
Zielonoświątkowego o coś na temat darów Ducha Świętego. Chodziło mi konkretnie
o dar języków. Przeczytałem "Dary Ducha Świętego" Ulonsky. Trochę się
rozczarowałem, nie znajdując niczego co by mi pomogło opanować język japoński,
ale po raz pierwszy dowiedziałem się o sprawach, o których miałem dotychczas
bardzo mgliste pojęcie.
Już wtedy powinienem był się
zastanowić nad jedną sprawą. Niektórzy "buddyści" twierdzą, że
chrześcijaństwu brak doświadczenia tego w co się wierzy, natomiast buddyzm
najpierw doświadcza i sprawdza, a potem się wierzy. Książka Ulonsky mówiła coś
innego. Mówiła o doświadczeniu które istnieje. Nie przejąłem się tym zbytnio.
Dyskusje trwały nadal bez rezultatu, ale częściej. Jest takie powiedzenie, że
"kropla drąży kamień nie siłą lecz częstym spadaniem". Wkrótce
Bożena, wiedząc, że interesuje mnie również problematyka New Age podsunęła mi
"Zwiedzione chrześcijaństwo" D. Hunta. Co za bzdura (!) pomyślałem po
przeczytaniu po raz pierwszy. Facet usiłuje wszystko krytykować i ustawić za
tym siły szatana. Wypisałem wszystkie "za i przeciw". Przeczytałem
książkę po raz drugi... W pewnym sensie ma rację, ale... Po przeczytaniu jej po
raz trzeci i czwarty doszedłem do wniosku, że jednak ma rację. Ale zaraz,
zaraz...Przecież Hunt nic nie wspomina o buddyzmie, czyli jest to O.K. Ledwo
skończyłem Hunta, a już dostaję kasety z nagraniami Derka Prince’a i Billy
Grahama. Też przyjąłem, bo przecież należy poznać argumenty strony przeciwnej
jeżeli chce się prowadzić konstruktywny dialog. Zacząłem nawet czytać Biblię w
miarę dokładnie (wcześniej poszukiwałem tylko wzmianek o UFO i reinkarnacji).
Oczywiście celem moich studiów było wykazanie, że
Budda już wcześniej nauczał o podobnych sprawach, o których mówił Chrystus. Nie
ma więc sensu nawracać się. Więcej medytowałem, zacząłem studiować pojęcie
pustki w buddyzmie. Chciałem się skontaktować z kimś, kto by mi mógł udzielić
dalszych rad co do praktyki (napisałem nawet do Dharmasali w Indiach), ale
zawsze coś stało na przeszkodzie (potem się dowiedziałem, że od pewnego czasu
grupa modlitewna prosiła Boga o moje nawrócenie). We wrześniu ubiegłego roku
byłem na spotkaniu z nauczycielem u którego parę lat temu przyjmowałem
schronienie w tradycji wadżrajany. Lecz tym razem po spotkaniu nie byłem pełen
radości i energii, pozostała pewna pustka.... Coś zaczęło pękać. I tak pewnego
wieczoru kiedy skończyłem medytację i słuchałem kolejnej kasety (chyba Billy
Grahama) usłyszałem prośbę, że jeśli ktoś chce zaprosić Chrystusa do swego
serca, niech wstanie i .... Wstać, nie wstać ? Wstałem z łóżka i powiedziałem
chyba dość szczerze: "Jezu co robić?" lub coś w tym rodzaju. Nie
pamiętam. Na drugi dzień, rano spałem trochę dłużej, nie medytowałem. Potem
schowałem zdjęcia Buddów i Bodhisattwów z półki. Wieczorem gdy położyłem się
słuchając kolejnej kasety, kolega z pokoju (mieszkałem w hotelu asystenckim)
zapytał: "dlaczego dzisiaj nie medytujesz?" "...Chyba się
nawróciłem" - odpowiedziałem. Widząc jego zaskoczoną, a nawet lekko
ogłupiałą minę, wyjaśniłem mu co zaszło, ale to już początek całkiem innej
historii.
Andrzej Danel, Kraków
Napisz do mnie jeśli masz pytania.
|